Kim jestem

Życiorys zawarty we wniosku o posadę, awans czy stopień naukowy jest zwykle suchym, pisanym w trzeciej osobie zestawieniem faktów, kalendarium awansów, listą osiągnięć. W przypadku ludzi nauki bywa także kolekcją liczb, zwanych danymi bibliometrycznymi, które jednych przekonują o dorobku, a innych niekoniecznie. Wszystkie te informacje mają swoją wagę, lecz rysują sylwetkę kandydata w pewnym szablonie przyzwyczajeń, tworząc dystans i nie pozwalając poznać go bliżej.

Na tle doświadczeń międzynarodowych nabrałem pewności, że Politechnika Warszawska dysponuje siłą intelektualną nie mniejszą niż wiele światowych ośrodków o uznanej renomie.
Dlatego zdecydowałem się odejść od konwencji. Chętnych zapraszam do spaceru wśród wspomnień i refleksji, które mają dla mnie znaczenie. Może wśród nich odnajdziecie Państwo poglądy, które dzielimy i podstawy, na których możemy budować wspólną wizję Politechniki jutra.

Do Warszawy trafiłem z Radomia, gdzie urodziłem się 7 stycznia 1958 r. Z rodzinnego domu wyniosłem miłość do książek i ciekawość świata, która dojrzewała ze mną przez lata, przekształcając się w pasję badawczą. Mogło tak być, gdyż, podobnie jak pewnie wielu z Was, miałem szczęście korzystać z wiedzy i pasji wspaniałych nauczycieli. Dzięki nim rozwijałem zainteresowania, z sukcesami startowałem w olimpiadach, a w efekcie – przygotowałem się znakomicie do studiów. Po ukończeniu liceum stanąłem przed wyborem - jak się okazało – jednym z najistotniejszych. I tu dzięki mądrej kurateli Mistrza, znakomitego nauczyciela uwielbianej przeze mnie fizyki, potrafiłem dostrzec możliwości nieoczywiste. Wybrałem elektronikę, która stała się moją pasją i Politechnikę Warszawską, która dała mi szansę realizacji zamierzeń.
Licealne lata były także czasem, w którym znalazłem wielu przyjaciół, ale przede wszystkim moją pierwszą miłość, która przetrwała 48 lat. Lidka jest dziś moją żoną, matką dwójki naszych dzieci i babcią trójki wspaniałych wnucząt…

Patrząc wstecz widzę dziś wyraźnie, że zamiłowania dziedziczy się, jakby przez osmozę, od osób obdarzanych autorytetem. Dobry przykład pedagogów z najwcześniejszych szkolnych lat pozostawił i we mnie ślad. Lubię uczyć. Wiem, że będąc wykładowcą akademickim trzeba zachować tę wrażliwość słuchania, którą mieli moi nauczyciele. Jeśli udawało mi się zdobywać laur Złotej Kredy, który zaliczam do najcenniejszych nagród, to może dzięki nim. Osadzona w środowisku uczelni technicznej dydaktyka zyskuje szczególny walor. Dzięki laboratoriom, wiedzy i doświadczeniu profesorów, możliwościom pracy interdyscyplinarnej daje szanse realnego zaglądania w głąb tajemnic natury. Jeśli dostrzeżemy te możliwości, uczenie przestaje być żmudną pracą. Staje się pasją, dostarczającą nieustającej satysfakcji.

Kiedy w 1976 roku zostałem studentem Wydziału Elektroniki, okazało się, że licealne wahanie między fizyką i elektroniką można pogodzić i twórczo wykorzystać. Tu znów pomogła współpraca ze znakomitymi kolegami. Tak, kolegami, gdyż dystans stopni i tytułów zaciera się w relacjach między członkami zespołu naukowego. Do takiego zespołu, funkcjonującego w Instytucie Radioelektroniki, miałem szczęście trafić jeszcze jako dyplomant. Dzięki jego naukowej specyfice mogłem podjąć prace związane z badaniem fizyki cząstek, wykorzystując wiedzę fizyczną i elektroniczną, pozwalające mi tworzyć i udoskonalać detektory promieniowania.

Pasja szkolna otworzyła mi drogę na Uczelnię, a studia i badania na Politechnice Warszawskiej popchnęły ku pracy naukowej w środowisku międzynarodowym. Jej początkiem był roczny wyjazd (1989-90) do CERNu - mekki fizyków, ale także elektroników i konstruktorów, na roczne stypendium. Wyjeżdżałem z ciężkim sercem, zostawiając w hotelu asystenckim żonę z dwójką małych dzieci. Wyjazd miał stać się dla nas szansą wyrwania się z tego miejsca, gdzie, poza świetnym towarzystwem, życie było niełatwe...

Stypendium pozwoliło mi poznać zupełnie nowy świat, w którym wraz z międzynarodową grupą naukowców mogłem prowadzić eksperyment badający strukturę kwarkową materii. Udział w tym przedsięwzięciu był fascynującą zawodową przygodą. Zobaczyłem, jak sprawnie i harmonijnie może działać ogromny zespół, złożony z ludzi pochodzących z różnych krajów i kultur. Nauczyłem się, że w tak różnorodnym środowisku, skupiającym profesorów, doktorów, magistrów, doktorantów i studentów może istnieć porządek bazujący na kompetencjach i zaangażowaniu, nie na stopniach, tytułach i stanowiskach. Poznałem środowisko pracy, w którym przez cały rok pobytu jedynymi dokumentami jakie musiałem wypełnić i podpisać były formularze ubezpieczenia i szkolenia BHP...

Ze szczególną satysfakcją odbieram spotkania forum dziekanów. Choć niebędące wyrazem formalnej konieczności, budowały w moim odczuciu najsilniejsze więzi.
Doświadczenie i kontakty naukowe staram się wykorzystywać w rozwijaniu kompetencji własnego zespołu. Paradoksalnie, kwalifikacje naukowe osób nie są tu jedynym czy najistotniejszym składnikiem sukcesu. Bez dobrej atmosfery, bez docenienia polemicznych stanowisk, bez poczucia wspólnoty, niezależności i swobody otwartej wypowiedzi trudno jest konstruktywnie działać. Jestem przekonany, że właśnie poczucie wolności i zdolność do słuchania siebie nawzajem najsilniej odróżnia akademię od korporacji.

Równolegle z realizacją zadań dla CERNu, nasz zespół brał udział w pracach eksperymentu CBM (Compressed Baryonic Matter) w GSI Darmstadt, w eksperymencie neutrinowym ICARUS (Imaging Cosmic And Rare Underground Signals - Gran Sasso, Włochy), a w 2007 roku rozpoczęła się największa nasza zawodowa przygoda – włączyliśmy się w prace eksperymentu fizyki neutrin T2K (Tokai to Kamiokande) realizowanego w Japonii. Cel eksperymentu był porywający – wyjaśnienie podstawowych pytań z zakresu genezy wszechświata, jego najwcześniejszej historii, czy faktu dominacji materii nad antymaterią. O wadze tych badań może świadczyć przyznanie w 2015 roku członkowi eksperymentu, prof. Takaaki Kaijcie, Nagrody Nobla za odkrycie zjawiska oscylacji neutrin, dokonane w ramach tego eksperymentu. Obecnie, wraz z naszymi partnerami z całego świata, przygotowujemy się do niezwykle spektakularnego przedsięwzięcia – budowy w Japonii największego na świecie detektora neutrin Hyper-Kamiokande. Naukowa przygoda trwa...
Realizowane projekty były dla mnie okazją do najbardziej chyba satysfakcjonującego doświadczenia – pracy z młodymi ludźmi. To oni są solą uczelni, motorem napędowym i źródłem osiągnięć. Bez ich odwagi, świeżości pomysłów i uporu żaden z prowadzonych przeze mnie projektów nie zakończyłby się sukcesem. Dlatego wśród własnych osiągnięć, które czasem przychodzi mi wymieniać, najbardziej dumny jestem z siedmiu wypromowanych doktorów.

Każdy z profesorów winien, moim zdaniem, zbudować zespół, który stopniowo nabiera samodzielności. Za swój sukces może uznać pojawienie się lidera lub liderów, którzy z czasem będą w stanie przejąć kierowniczą rolę. Stworzenie takiego zespołu stało się dla mnie źródłem ogromnej satysfakcji. Jednocześnie pozwoliło mi włączać się, z rosnącą intensywnością, w różne zadania organizacyjne w macierzystym zakładzie, instytucie, wydziale, uczelni i poza nią. Moja droga wiodła od kierownika zakładu, poprzez wicedyrektora instytutu do dziekana wydziału, którą to funkcję pełnię od ośmiu już prawie lat. Sam niekiedy dziwię się, że jako pasjonat badań odnajduję tak wiele satysfakcji w pracy organizacyjnej. Nie ma ona waloru odkrywania praw natury. Ma jednak cechę, która rekompensuje ten deficyt. Angażując się w sprawy Uczelni miałem zawsze poczucie wsparcia i zaufania ludzi, dla których, podobnie jak dla mnie, Uczelnia jest drugim domem. Było tak podczas prac najróżniejszych zespołów senackich i rektorskich, w których uczestniczyłem. Ze szczególną satysfakcją odbieram na tym tle spotkania forum dziekanów, które odbywały się regularnie w ostatnim okresie. Choć niebędące wyrazem formalnej konieczności, budowały w moim odczuciu najsilniejsze więzi. Pozwalały poznawać poglądy Koleżanek i Kolegów Dziekanów, tworzyć wspólne wizje. Dla mnie osobiście były źródłem motywacji do szukania możliwie najlepszych, godzących różne potrzeby, chroniących przed zagrożeniami rozwiązań.

Tak oto przedstawia się moja historia. Głównie zawodowa, choć nie sposób było uniknąć akcentów osobistych. Na koniec - kilka refleksji. Życie nauczyło mnie, jak ważne są autorytety – zawodowe, moralne… Uświadomiło, że uczenie nie jest relacją kierunkową, lecz współdziałaniem, przekonało, że współczesna nauka czerpie siłę z pracy zespołowej, otwartości i wymiany myśli. Na tle doświadczeń międzynarodowych nabrałem pewności, że Politechnika Warszawska dysponuje siłą intelektualną nie mniejszą niż wiele światowych ośrodków o uznanej renomie. Mój zespół nie jest pod tym względem szczególny – jest jednym z wielu. Mam przekonanie, że dysponujemy zdolnością konkurowania z najlepszymi i jest to potencjał w dużej mierze niewykorzystany.

Zgłoszenie mojej kandydatury w wyborach Rektora Politechniki Warszawskiej, podpisane przez większość Dziekanów i Radę Uczelni, przyjąłem z ogromną wdzięcznością i dumą. Jeśli tak postanowią wyborcy, jestem gotów podjąć wyzwanie. Mam przekonanie, że siłą mojej kandydatury jest ugruntowana wola korzystania ze zbiorowej mądrości całej wspólnoty. Taką właśnie, opartą na różnorodności Wydziałów Politechnikę Warszawską ukształtowała stuletnia tradycja i taką widzę moją Uczelnię w przyszłości.